Co ja tu robię?

Print Friendly, PDF & Email

Ranek był piękny. Bezchmurne, błękitne niebo rozkładało swe ramiona nad miasteczkiem, jakby chciało zgarnąć wiekowe kamienice starego rynku, domki niczym grzyby rozsiane szeroko po okolicy, blokowiska w wielkiej płyty oraz górujący nad centrum miasta kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, ze strzelistą wieżą. Niedaleko właśnie tego XVII wiecznego kościoła, po drugiej stronie ulicy Popijarskiej mieściło się w równie zabytkowym budynku przedszkole miejskie, z którego bocznej ściany wysypała się gromada roześmianych sześciolatków.

Dzieci z krzykiem powitały świeże, wczesnowiosenne powietrze, słońce strzelające złocistymi strzałami oraz zroszoną z lekka trawę. Jedne pobiegły do huśtawek, drugie wskoczyły do piaskownicy wraz z wiaderkami, łopatkami i grabkami, a jeszcze inne ciągnęły alejkami samochody i bawiły w wózkach plastikowe lale. Uwolnione spod skrzydeł opiekunki, zachwycone ciepłem poranka i do cna zajęte najprzyjemniejszą dziecięcą rozrywką – zabawą – nie zwracały uwagi na obserwującego ich chłopczyka. Znużony bezsensownym zajęciem, pobiegł do metalowych drabinek, wspiął się na samą górę, położył się na plecach i spojrzał w ledwo widoczne gwiazdki.

Pomimo że było jasno, przebijały się przez tło firmamentu, mrugały do niego, a on im się przyglądał z jakąś olbrzymią tęsknotą, z buzią spowitą smutkiem i sercem niespokojnie rozhulanym. Czuł, że ten świat pełen chciwości i cierpienia, daleki od światła i miłości, nie należy do niego, i nie rozumiał w swojej maleńkiej główce, dlaczego los rzucił go w to miejsce i zmusił do życia wśród tych dziwnych istot ludzkich.

„Co ja tu robię?” — zapytał bezgłośnie chłopiec.

Z jego mokrych oczu wypłynęły przeźroczyste kule, toczyły się po policzkach, wpływały za wełniany szaliczek, kapały na jasnozieloną trawę i znaczyły na jego buzi solne rzeki.

Ale pytanie zostało bez odpowiedzi. Nie odpowiedziały mu gwiazdy, nie odpowiedziało słońce, nie odpowiedział nawet ledwo widoczny księżyc w jednym z rogów błękitnego nieba. Nie odpowiedziały czarne ptaki lecące na zachód, nie odpowiedziała zawieszona wysoko nad głową żółta awionetka z namalowanymi na skrzydłach wielkimi numerami, i nie odpowiedział lekki wietrzyk dmący mu do ucha i osuszający jego rozpacz.

— Chcę do domu… — szeptały usta malca: — Chcę do domu… — wołało jego serce: — Chcę do domu… — krzyczała jego mała dusza.

Chłopiec w końcu dorósł, przedzierzgnął się w mężczyznę, lecz pytanie, które tamtego dnia złożył gwiazdom, które słyszało słońce i księżyc, które słyszały ptaki i słyszał stalowy samolot z czarnymi numerami, nigdy nie zeszło z ust jego, i przez całe życie towarzyszyło mu w każdym miejscu i w każdej chwili.

— Co ja tu robię? — pyta dziś mężczyzna, obserwując ludzi bawiących się zabawkami dla dorosłych, w piaskownicy, którą oni, o zgrozo, nazywają życiem.

Żółty róg

Radomir Gelhor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.