Zakochani

Print Friendly, PDF & Email

spring

Nie wi­dzia­łem, jak do mnie pod­cho­dzi, nie sły­sza­łem zbli­ża­ją­cych się kro­ków, a na­wet nie po­czu­łem, kie­dy po­ło­ży­ła na mym ra­mie­niu rękę. Do­pie­ro jej szept wy­bu­dził mnie z odrę­twie­nia, wy­bił z głę­bo­kie­go le­tar­gu, w któ­rym ostat­ni­mi cza­sy by­łem po­grą­żo­ny.

— Je­stem…

Usły­sza­łem coś na po­do­bień­stwo trze­po­tu mo­ty­lich skrzy­deł, od­krę­ci­łem się do niej i spoj­rza­łem w ro­ze­śmia­ne ob­li­cze prze­cud­nej isto­ty. W lico tak bar­dzo mło­de i rześ­kie, gład­kie i wy­ście­ła­ne ra­do­ścią, mie­nią­ce się wie­lo­barw­ny­mi od­cie­nia­mi na­tu­ry.

— Je­steś — wy­szep­ta­łem.

Chwy­ci­łem ją w pa­sie, z chci­wo­ścią przy­cią­gną­łem do sie­bie i ją­łem ze szczę­ścia ca­ło­wać, spi­jać z ust nek­tar mi­ło­ści, roz­ko­szo­wać się za­pa­chem jej cia­ła i to­nąć w opla­tu­ją­cych mnie szcze­ro­zło­tych wło­sach.

A ona się śmia­ła. Wy­prę­ża­ła ku mnie ła­bę­dzią szy­ję, nad­sta­wia­ła do po­ca­łun­ku na­gie ra­mio­na i pier­si, wzdy­cha­ła w roz­ko­szy, dła­wi­ła się pro­mie­nia­mi słoń­ca i na prze­mian to rzu­ca­ła pra­sta­re za­klę­cia, to nu­ci­ła sło­wiań­ską pieśń Roka.

Sło­wa pie­śni ula­ty­wa­ły po­nad na­sze gło­wy, owi­ja­ły cie­pły­mi to­na­mi zdrew­nia­łe, zzięb­nię­te ga­łę­zie, pod sto­pa­mi wy­peł­za­ły z zie­mi kwia­ty, zie­le­ni­ło się li­sto­wie, zło­ci­ły kie­li­chy, oży­wa­ła z na­gła wy­su­szo­na tra­wa.

Po­rwał nas sza­lo­ny ta­niec, za­wi­ro­wał świat w na­szych oczach, mi­ło­sny świer­got wy­peł­nił prze­strzeń i za­ry­cza­ły fan­fa­ry spa­da­ją­cych na Zie­mię bo­gi­nek.

Po­pa­trzy­li­śmy so­bie w oczy, wy­mie­ni­li­śmy po­ca­łun­ki, a po­tem ode­szła, wol­nym, po­włó­czy­stym kro­kiem, rzu­ca­jąc mi ostat­nie spoj­rze­nie, prze­ma­wia­jąc gło­sem roz­ko­cha­nej do sza­leń­stwa du­szy:

— Ra­duj się mną, Ra­do­mi­rze. Ra­duj i ko­chaj, bom ja ob­lu­bie­ni­ca Two­ja. We­sna… (Wesna – sło­wiań­skie bó­stwo – Wio­sna).

***

Rok – Stwór­ca i Kie­ro­wnik Świa­ta

Dziś dzień wio­sen­ne­go prze­si­le­nia, pierw­szy dzień wio­sny, dru­ga uro­czy­stość w cią­gu roku na cześć Roka, Stwór­cy i Kie­row­ni­ka Świa­ta, ozna­cza­ją­ce­go siłę nad­przy­ro­dzo­ną, rzą­dzą­cą dolą śmier­tel­ni­ków. Pra­sta­ra ta siła Sło­wian spro­wa­dzo­na zo­sta­ła do okre­śle­nia upły­wa­ją­ce­go cza­su, choć dla Po­la­ków, Cze­chów czy Ro­sjan dwu­na­sto­mie­sięcz­ny cykl ży­cia zwa­ny ro­kiem był on­giś „go­dem”. Od tego sło­wa wy­wo­dzi się np. „go­dzi­na” oraz no­wo­rocz­ne „Gody” (Nowy Rok).

Z Roka, z Isto­ty Naj­wyż­szej dla Sło­wian, Ko­ściół uczy­nił bie­sa – Ro­ki­tę, oraz Jes­sa (Jo­wi­sza), a nie­któ­rzy kro­ni­ka­rze i hi­sto­ry­cy, jak cho­ciaż­by Dłu­gosz, roz­po­wszech­ni­li wśród ludu tę baj­kę. Po­dob­nie du­chow­ni rzym­sko­ka­to­lic­cy po­stą­pi­li z Pro­ro­ki­nia­mi (ka­płan­ki Roka – są­dzi­ły zbrod­nia­rzy i wro­gów, roz­są­dza­ły spo­ry, wy­ro­ko­wa­ły, od­czy­nia­ły uro­ki, zaj­mo­wa­ły się ob­rzę­da­mi, mia­ły swo­ją straż zbroj­ną), na­da­jąc im mia­no cza­row­nic, co osta­tecz­nie do­pro­wa­dzi­ło do póź­niej­szych prze­śla­do­wań i pa­le­nia na sto­sie niewinnych kobiet.

Z historii…

Przy­po­mnij­my so­bie, że ostat­nia cza­row­ni­ca (nie­win­na ko­bie­ta) spło­nę­ła w Pol­sce cał­kiem nie­daw­no, bo 21 sierp­nia 1811 roku w mie­ście Re­szel na War­mii. Ofia­rą była Bar­ba­ra Zdunk.

Bóg Sło­wian kon­tra Ko­ściół Rzym­sko­ka­to­li­cki

Co cie­ka­we, Rok, wład­ca wszel­kich dóbr, od­dał wła­da­nie w ręce ob­rocz­ni­kom i na­ro­kom, i ma­jąc od nich utrzy­ma­nie, po­słu­gę dla swych słu­żeb­ni­ków, nie zmu­szał trzo­dy wier­nych do żad­nych da­nin. Sło­wiań­scy księ­ża ma­jąc w po­sia­da­niu do­bra Ro­ka, za po­słu­gi re­li­gi­jne nic nie bra­li.

Dla kon­tra­stu: du­cho­wień­stwo Chry­stu­sa Pana (Ko­ściół Rzym­sko­ka­to­lic­ki) na wszyst­kich na­ło­ży­ło dzie­się­ci­ny, bez da­nia w za­mian wier­nym zie­mi lub ja­kich­kol­wiek do­bór ma­te­rial­nych.

To­pie­nie Ma­rzan­ny

Ale wróć­my do pierw­sze­go dnia wio­sny. Z dniem po­rów­na­nia dnia z nocą za­cho­wa­ły się daw­ne oby­cza­je jak na przy­kład to­pie­nie bał­wa­na wy­obra­ża­ją­ce­go Ma­rzan­nę, czy­li uczło­wie­cze­nie zimy, starości i śmier­ci. 25 mar­ca snop sło­my stro­jo­no w bia­łe sza­ty i nie­sio­no go śpie­wa­jąc:

„Śmierć wije się u pło­tu…” — to po­czą­tek pie­śni uze­wnętrz­nia­ją­cej zwy­cię­stwo wio­sny, zwy­cię­stwo ży­cia.

Po czym wrzu­ca­no Ma­rzan­nę do wo­dy i śpie­sznie ucieka­no, że­by śmierć nie do­pę­dzi­ła. Wie­rzo­no bo­wiem, że kto upadł, te­go do­ścignął urok i nie do­cze­ka dru­giej uro­czy­sto­ści wio­sen­nej. Ob­rzęd to­pie­nia Ma­rzan­ny jest po­krew­ny z to­pie­niem Dre­mów i Koz­dro­boń­ka w przed­dzień Ku­pa­ły (Roka). O zwy­cza­jach wiel­ka­noc­nych, a ra­czej zwy­cza­jach równonocy, prze­jętych przez Ko­ściół Rzym­sko­ka­to­lic­ki w celu przy­po­do­ba­nia się pro­ste­mu lu­do­wi, a któ­re są ob­rzę­da­mi iście sło­wiań­ski­mi, po­gań­ski­mi, nie­ma­ją­cy­mi nic wspól­ne­go z chrze­ści­jań­stwem i Chry­stu­sem, po­sta­ram się na­pi­sać parę słów bli­żej Świąt Wiel­ka­noc­nych.

Chciał­bym jed­nak w tym miej­scu nad­mie­nić jako cie­ka­wost­kę, że oprócz to­pie­nia Ma­rzan­ny, był zwy­czaj je­dze­nia Ma­rzan­ny ule­pio­nej z cia­sta, co jest nie­świa­do­mie kul­ty­wo­wa­ne do dzi­siaj pod po­sta­cią bab wiel­ka­noc­nych. Zja­da­nie bab (Ma­rzan­ny) było swo­istą ze­mstą do­ko­ny­wa­ną na śmier­ci przez Sło­wian.

Dzieci Bogów – Sławianie | 432 Hz

Żółty róg

Radomir Gelhor