Zazdrośni i zawistni

Jeśli przyjrzymy się narodom jako pewnym organizmom, tworom żywym, składającym się z podobnych do siebie jednostek, wychowanych na tym samym podłożu kulturowym, zamkniętych w ograniczonej przestrzeni zwanej państwem lub plemieniem, szybko odkryjemy, że każdy naród ma swoje wady i zalety.

Wadami zazwyczaj gardzimy, lecz czy słusznie? Przecież coś, co dla nas jest nieprzyjemne, odpychające, dla obcokrajowca może być czymś naturalnym, wyssanym z mlekiem matki, wyuczonym poprzez wiarę, wpojonym przez tradycję, podtrzymywanym przez kulturę.

Przykład wyciągania błędnych wniosków

Równie błędnie możemy zinterpretować czyjeś zalety. Mówiąc na przykład, że Japończycy są pracowici, spłycamy naszą ocenę, nie bierzemy pod uwagę, że tą cechą nie są obdarzeni wszyscy Japończycy, a poza tym japońska pracowitość ma swoją ciemną, negatywną stronę. Te ujemne strony, choć niewidzialne poza granicami Japonii, dla narodu japońskiego są niemałym problemem.

Taką ciemną stroną pracowitości japońskiego społeczeństwa jest pracoholizm, zapracowywanie się z poczucia obowiązku do firmy, pracodawcy czy kraju. Takie podejście z punktu widzenia korporacji i gospodarki jest bardzo korzystne, dlatego kultywuje się w Japonii taką postawę. Inaczej sprawa przedstawia się od strony jednostki, pojedynczego człowieka, którego organizm i psychika nie wytrzymują i po prostu się buntują. Zdarzają się przypadki śmierci z przepracowania (karoshi).

Japoński pracownik jest uległy swojemu pracodawcy, nigdy się nie buntuje, znosi wszystkie trudności w milczeniu. Korporacje bowiem wymagają od pracowników, wojowników korporacji (sararimanów) lojalności wyrażającej się w absolutnym poświęceniu dla firmy. To sprawia, że pracownicy, czując się w obowiązku, często pozostają w pracy za darmo po godzinach, rezygnują z wakacji, a nawet, jeśli jest taka możliwość (choć nie ma takiej potrzeby), oszczędzają światło kosztem własnych oczu.

To poddaństwo wynika z japońskiej kultury, tradycji i hierarchii obowiązującej w Japonii od stuleci.

Dorzućmy do tego wszystkiego jeszcze system szkolnictwa w Japonii, a wszystko stanie się dla nas jasne i przejrzyste. Japończycy od najmłodszych lat programowani są pod kątem konkurencji (konkurencja jak już wiemy z wcześniejszych wpisów, zamiast łączyć, dzieli ludzi). Współzawodnictwo rozpoczyna się wraz z pójściem do szkoły, gdzie uczniowie poddawani są stresującej rywalizacji.

Taki system nauczania jest przyczyną wzrastającego napięcia, niską samooceną ucznia w przypadku niepowodzeń i dominacją dzieci osiągających lepsze wyniki. Wzmacniana jest tym sposobem hierarchia – nierówność, która odbija się w późniejszych kontaktach pomiędzy dorosłymi Japończykami. I chociaż to napięcie może być znikome, niewyczuwalne, w przypadku słabszych psychicznie jednostek, przez kumulację i wydłużający się stres, powoduje stały lub tymczasowy uraz.

Zgaduję, że w życiu Japończyka bardzo wcześnie pojawia się strach i ten strach towarzyszy mu aż do końca życia, w każdym momencie, gdy tylko dochodzi do konfrontacji „słabszej” jednostki z „mocniejszą”, tj. z wyżej stojącą w hierarchii.

Łatwo się domyślić, że za tą uległością, zewnętrznym japońskim spokojem, kryje się frustracja, niezadowolenie czy uraza. Szczególnie kiedy pracownik obwiniany jest niesprawiedliwie i musi w sobie zdusić wzrastające emocje lub gdy pracodawca wymaga od niego wysiłku ponad miarę.

W chwilach kryzysowych dochodzi do buntu, załamania psychicznego i/lub fizycznego, który kończą się na kilka sposobów. Niechcianym zwolnieniem lekarskim (Japończycy czują się winni, kiedy chorują); przymusowym pobytem w sanatorium dla pracoholików, a w skrajnych przypadkach utratą pracy i samobójstwem lub wspomnianym wcześniej zgonem z przepracowania.

Widzimy więc, że postrzeganie czyichś zalet (i wad) może być bardzo mylące, jeśli patrzymy tylko powierzchownie i posługujemy się stereotypami.

Pomimo iż lubię Japończyków za inne wartościowe cechy, według mnie japońska pracowitość nie wynika z wrodzonej pracowitości Japończyków, lecz z narzuconej odgórnie hierarchii i korporacyjnego Systemu, który tworzy z Japończyków społeczeństwo na wzór pracowitych pszczół lub równie pracowitych mrówek, gdzie każda jednostka ma swoje wyznaczone miejsce i robi bez najmniejszego sprzeciwu, co do niej należy (co narzuca jej System).

Słowiańskie zalety

Przyjrzyjmy się teraz pobieżnie Polakom, wymieniając tylko jedną, niestety lub stety, zanikającą już zaletę. Niestety dlatego, że było to coś, co wyróżniało nas spośród innych narodów, stety zaś dlatego, że System zysku i wyzysku wymusza na nas takie, a nie inne zachowania, żebyśmy mogli przetrwać w świecie rządzonym przez chciwość, fałsz i korporacyjną manipulację światem rzeczywistym.

Od niepamiętnych czasów mówiono o Słowianach, że są narodem życzliwym, przyjaznym, miłującym pokój, towarzyskim i niezwykle gościnnym (piszą o tym dawni kronikarze).

Gościnność u dawnych Słowian była posunięta do tego stopnia, że idący w pole wieśniacy, pozostawiali otwarte chaty (niezamknięte na kłódkę, zamek, skobel), a na stole bochen chleba i wodę, tak aby zmęczony podróżnik mógł spocząć w ich domu i się pożywić. Zresztą zgodnie z powiedzeniem: „Gość w dom, Bóg w dom”, choć tradycja ta sięga czasów daleko, daleko przedchrześcijańskich.

Ba! Najgorszy wróg przekraczający próg domu stawał się nietykalny i mógł liczyć na gościnę, a ukrywający się przed sprawiedliwością przestępca był bezpieczny, dopóki przebywał na posesji rycerza-szlachcica.

Tradycje te zaczęły zanikać wraz z „otwarciem” granic Lechii na zachód, dla narodów niesłowiańskich, którzy mówiąc otwarcie – rabowali, co się tylko dało. Skąpstwo i chciwość wpełzło do naszego społeczeństwa między innymi za sprawą „narodu wybranego”, którego doktryny talmudyzmu pozwalają oszukiwać i okradać gojów, czyli wszystkich nie-Żydów. Niemcy nauczyli nas pić wódkę, Włosi używać trucizn do rozwiązywania sporów, a Francuzi gorszyli rozwiązłością i wszeteczeństwem.

Tak czy siak, wraz z przyjezdnymi, widzącymi w Polakach-Słowianach naród naiwny i słaby, bo nieumiejący się bronić, szachrować, kłamać i dorabiać się za wszelką cenę, choćby po trupach towarzyszy i rodaków, Polska zaczęła się zmieniać i z wielkimi oporami upodabniać do zepsutego już wówczas zachodu.

Niestety uważam, że Polacy i dziś są narodem słabym i naiwnym, czego dowodem jest to, iż dają się wodzić za nos niewielkiej bandzie terrourzędników. Podobnie jak rdzenni Amerykanie (jedyni zresztą Amerykanie w USA żyjący w rezerwatach), polski naród omamiany jest tanimi świecidełkami i obietnicami bez pokrycia.

Winni są królowie, książęta i wojewodowie

Gwoli sprawiedliwości musimy wyznać szczerze, iż winę za upadek Lechii, rozbicie koalicji Słowian i odrębność skłóconych plemion słowiańskich, ponoszą ówcześni władcy, książęta i wojewodowie. Oni to skuszeni bogactwami zachodu, omamieni wizją władzy i przyszłych podbojów, najpierw doprowadzili do rozbicia Lechii, później do bezsensownego rozlewu krwi pomiędzy bratnimi narodami, a w końcu dopuścili do najważniejszych urzędów obcokrajowców.

Później już było tylko gorzej z nielicznymi przerwami czasowymi. Lud dotychczas wolny, uczciwy, miłujący przyrodę, wesoły z natury i skory do zabaw, obłożony został podatkami, zmuszony do niewolniczej pracy dla władców (królów, książąt, szlachty, duchowieństwa) i systemu stworzonego na wzór zachodni, obcy starosłowiańszczyźnie, niezrozumiały i niesprawiedliwy w oczach przeciętnego Słowianina.

Dziś możemy śmiało zarzucić większości królom polskim, iż utrzymywali Polaków w ciemnocie, czerpali z pracującego ludu zyski, nie dając mu zbyt wiele w zamian. W przeciwieństwie na przykład do władców Francji czy Niemiec nie inwestowali w szkolnictwo, w naukę, nie przyczyniali się do rozwoju rzemiosła czy rolnictwa. A przede wszystkim zdradzali swój naród, oddając za judaszowe srebrniki handel w ręce Żydów, dając im specjalne przywileje, uderzające bezpośrednio w polskich rzemieślników, kupców i rolników.

Za sprawą chciwych, egoistycznych władców, przekupnej, żyjącej ponad stan szlachty nastąpił rozkład wewnętrzny Polski, który z powodu obecnie panującego nam miłościwie plebsu, wciąż trwa i się pogłębia, degradując naszą ojczyznę, oddając ją w ręce obcego kapitału, czyniąc z Polaków naród niewolników.

Tych, których obraziłem za ten „miłościwie nam panujący plebs”, objaśnię w skomprymowanej formie.

Po wymordowaniu polskiej inteligencji przez Niemców w czasie drugiej wojny światowej i dobitej po wojnie przez komunistyczny reżim, do władzy w PRL-u dorwali się ludzie prości, żeby nie powiedzieć prymitywni, z najniższych warstw społecznych, całkowicie oddani Związkowi Radzieckiemu, zdrajcy narodu polskiego, którzy po obaleniu komunizmu wciąż pełnią lub do niedawna pełnili różnego rodzaju funkcje publiczne.

Nic, ale to nic pod tym względem się nie zmieniło. Zmieniło się tylko imperium, któremu ci ludzie (i/lub ich następcy) służą. Z.S.R.R zastąpił amerykański terrorysta i okupant – USA.

! Wykształcenie nie jest oznaką inteligencji. Szczególnie w obecnych czasach, kiedy tytuły i dyplomy się kupuje.

Polskie przywary

Tak zrodziły się najgorsze w polskim narodzie przywary – zazdrość i zawiść, które jak wynika z moich obserwacji, przybierają na sile.

Polak zazdrosny? Ależ naturalnie. Polak zawistny? Jak najbardziej.

Już Jan Długosz (zm. w 1480 roku) pisał w swojej kronice, że Polacy są narodem zawistnym i zazdrosnym. Do tego stopnia obawiał się przywar swoich ziomków, że do pisania „Dziejów Polski” przystępował z mieszanymi uczuciami. Zdawał sobie dobrze sprawę, że jego praca, jego poświęcenie dla ojczyzny, może zostać bezlitośnie poddana krytyce i zjadliwym językom. Innymi słowy, bał się, czy jego poświęcenie, nie pójdzie na marne.

A wszystko przez zazdrość i zawiść.

Jest nawet taki polski, niepisany obyczaj, że jeśli tylko jakiś Polak się wybije, stanie się o nim głośno na świecie, osiągnie jakiś sukces, to zaraz rzucą się na niego rodacy z kłami i pazurami. Bo jakże to tak? Jak śmiał wyjść przed szereg?

To ciekawe, że inne narody potrafią „sprzedać” swojego bohatera, wypromować go poza granicami kraju, wynagrodzić go za jego wiedzę, inteligencję i tak dalej, podczas gdy my Polacy najpierw musimy go zgnoić, zmieszać z błotem, a dopiero kiedy nieszczęśnik umrze, stawiamy mu pomniki i robimy z niego patriotę i bohatera.

! Nie rozumiem tylko dlaczego w Polsce czci się zdrajców jako bohaterów, a prawdziwych bohaterów skazuje na zapomnienie? Już caryca Katarzyna głowiła się nad tym przedziwnym zjawiskiem, śmiejąc się i wzgardzając narodem polskim i jego fałszywymi bohaterami.

Wystarczy tylko przejrzeć historię, literaturę, biografie sławnych Polaków, żeby zobaczyć, że wielu z tych naszych bożyszczy, dziś cenieni przez naród ludzie, dawniej ledwo wiązali koniec z końcem, że spotykali się z zawiścią i zazdrością, że nierzadko umierali porzuceni przez społeczeństwo polskie lub uciekali za granicę, gdzie odnajdywali wśród obcych zrozumienie.

Po co jednak szukać tak daleko? Po cóż odwoływać się do sławnych Polaków? Zajrzyjmy na pierwsze lepsze podwórko w Polsce i przyjrzyjmy się zazdrości czy zawiści międzysąsiedzkiej. Jeden zazdrości drugiemu. Nieistotne co jest obiektem zazdrości. Dla zazdrośnika nie do przyjęcia jest to, że jego sąsiad ma, a on tego nie ma, lub ma, ale w jego mniemaniu jest to dużo gorsze.

A więc zazdrościmy komuś lepszej pracy, samochodu, telewizora czy telefonu. Zazdrościmy żony, męża, dzieci, a nawet czyjegoś wyglądu. Zazdrość może być jednostkowa lub grupowa. Może dotyczyć pojedynczego człowieka, klasy, religii, partii, narodu.

Pamiętam z dzieciństwa pewnego sąsiada, który we wszystkim nas naśladował. To, co my kupiliśmy do domu, zaraz i on kupował. Zawsze jednak musiały to być rzeczy lepsze, z górnej półki, takie, żeby wzbudzić w nas zazdrość.

Tyle tylko, że nam było to obojętne. Szczególnie dla mnie zazdrość jest zjawiskiem niezrozumiałym. Mogę policzyć na palcach jednej ręki, kiedy komuś coś zazdrościłem.

Taką samą zazdrość można dostrzec w wielu polskich rodzinach, gdzie jedni zazdroszczą drugim, a co gorsze potrafią być zawistni, mściwi, wredni.

Mógłbym w tym miejscu podać garść przykładów zawiści, ludzkiej wredoty i chamstwa, wyciągając je z własnego życia, ale nie zrobię tego, gdyż nie widzę takiej potrzeby. Każdy wie, czym jest zawiść, większość ludzi doświadczyła zawiści na własnej skórze i można by długo o tym opowiadać, a jeszcze więcej się o tym rozpisywać.

Skąd się biorą w Polakach te brzydkie przywary? Dlaczego Polacy nie potrafią lub nie chcą się cieszyć szczęściem innych? Dlaczego jesteśmy niewolnikami materii?

Czy zauważyliście, jak zachowują się co niektórzy polscy kibice, dziennikarze sportowi, czy w ogóle media? Kiedy polska drużyna wygrywa, rozpływają się w pochwałach, są tacy słodcy, że aż obrzydliwie niesmaczni, a kiedy przegrywają, przedzierzgają się w bezlitosne, wygłodniałe hieny, gotowe rzucić się na zawodników i wyłupić im bezlitośnie oczy…

Ot, taka sobie polska rzeczywistość widziana oczami niedzielnego kibica… A przecież nie dotyczy to tylko sportu.

Polityczne przepychanki na niby

Czasem zazdrość i zawiść przybierają katastroficzne rozmiary. Tak się dzieje w polityce, gdzie ścierające się ze sobą partie polityczne, a więc poszczególni ludzie, nie licząc się z dobrem ojczyzny i narodu, walczą za wszelką cenę o Tron Władzy.

To wyniszczanie się, robienie sobie na złość nie zawsze jednak jest prawdziwe, albowiem walczące ze sobą partie stosują pewną sprytną sztuczkę, aby ogłupić społeczeństwo i być u władzy niezależnie od tego, czy przegrają, czy wygrają. Nazywamy to tezą i antytezą.

W tym przypadku oba obozy zaszczuwają na siebie wyborców, wywołując w narodzie rozpad na co najmniej dwie części, i w zależności od sytuacji odgrywają rolę tego złego lub dobrego. Jest to stary jak świat fortel, ulepszany wraz z „postępem” cywilizacji. Np. jeden system (teza) staje do walki z drugim systemem (antyteza), podczas gdy twórcami obu systemów są ci sami ludzie.

A jednak ten sposób wytwarza w społeczeństwie podział, wrogość, wspomnianą już zazdrość i zawiść. To zaś sprawia, że nie może dojść do jedności, a przez to niemożliwe jest wyrwanie się ludzkości z jarzma niewolnictwa.

Tylko podzielonym narodem da się dowolnie sterować, albowiem niespójne społeczeństwo, mające wiele idei, kierujące się odmiennymi zasadami, zwalczające się ze sobą, zatraca ducha wspólnoty i przynależności narodowej.

Plemienny kogel-mogel

Dlatego w systemie monetarnym, w systemie niewolnictwa, przy tak dużej populacji Ziemian, niezwykle ważne jest to, iżby państwa były wielonarodowościowe, wielokulturowe, różniły się religią, tradycją, ludność mówiła różnymi językami. Niejednolity organizm, niemający wspólnego korzenia, jest doskonałym niewolnikiem, podburzanie zaś wybranych grup niejednorodnego społeczeństwa, skuteczną bronią dla utrzymywania tegoż organizmu w wewnętrznym konflikcie.

W rzeczywistości kraj wielonarodowościowy jest zbiorowiskiem ludzi niezwiązanych ze sobą silnymi relacjami emocjonalnymi. Wobec tego nie dziwmy się, że np. w Stanach Zjednoczonych, Chińczycy trzymają się Chińczyków, Afrykanie Afrykanów, Polacy Polaków, Włosi Włochów, Irlandczycy Irlandczyków i tak dalej, i tak dalej.

Ta różnorodność sprawia, że ci ludzie nigdy się nie zbuntują przeciwko rządowi Stanów Zjednoczonych. Że będą po wsze czasy niewolnikami korporacji, plutokratów, cwaniaków z Białego Domu.

Obecnie Europa przechodzi negatywne zmiany. Mieszanie narodowości w Systemie zysku i wyzysku, w Systemie monetarnym, w klatkach dla niewolników, doprowadzi dokładnie do takiej samej sytuacji, jaką oglądamy w USA. Czyli zwiększające się bezrobocie i niezadowolenie Amerykanów, pojawiający się coraz częściej rasizm, wrogość do odrębnych nacji i zazdrość, to zaś będzie czynnikiem powstrzymującym ludność przed zjednoczeniem i zbuntowaniem się przeciwko rządzącym.

Innymi słowy, wojujące ze sobą narody, będą się wzajemnie oskarżały, toczyły domowe wojny i pracowały grzecznie dla korporacji, nie domyślając się, kto i co się za tym wszystkim kryje.

Zawiść i zazdrość. Dla nieświadomych niewolników wady, dla panów tychże niewolników zalety i narzędzie sprawowania władzy. „Tolerancja” zaś – propagandowe hasło, mające utrzymać w ryzach rozjątrzone tłumy.

Podział z przymusu

Nasuwa się pytanie: „Czy można temu jakoś zaradzić?”.

Na tym poziomie duchowym istot ludzkich, w Systemie kultywującym Złotego Cielca, nie jest to możliwe.

Bo jak przekonać ludzi do współpracy? Wzajemnego poszanowania? Jak pogodzić niekompatybilne ze sobą religie? Jak zmienić mentalność poszczególnych nacji, skoro żyją ustanowioną przez przodków tradycją? Skoro konkurują ze sobą? Jak wymieszać ze sobą kulturowe przyzwyczajenia, przesądy, zwyczaje?

Nie jest to możliwe na tym etapie. Możliwa jest jednak współpraca, pod jednym wszakże bardzo ważnym warunkiem – znikną politycy i polityka, korporacje stracą wpływy, System monetarny upadnie, a w jego miejscu powstanie nowy, np. System oparty na zasobach, ukierunkowany na dobro całej ludzkości, dążący do poprawy życia na Ziemi i poszanowaniu dla planety.

Dopiero przy takim Systemie, można myśleć o zjednoczonej Ziemi. Ziemi bez wojen, politycznych burz, afer, przepychanek, kłamstwa, zaszczuwania jednego narodu na drugi, skrytych mordów, marnotrawstwa ziemskich zasobów, korupcji i rządowego terroryzmu.

Ale żeby tak się stało, najpierw potrzebna jest przemiana wewnętrzna człowieka. Człowieka jako jednostki, a nie grupy. Każdy bowiem musi poczuć tę potrzebę w sercu i być gotowy na nadchodzące zmiany.

Z mojego punktu widzenia, ten etap jest niezbędny, aby stworzyć sprzyjające warunki do dalszego rozwoju i aby doszło do całkowitego uniezależnienia się od materii, do prawdziwej wolności. Wolności nie „od czegoś lub kogoś”, lecz wolności absolutnej, to jest takiej, w której nie istnieje strach przed kimkolwiek i czymkolwiek…

Radomir Gelhor