Deklaracja o wolności słowa

Postanowiłem zamieścić większy fragment deklaracji, pt. „Deklaracja o wolności słowa”, napisanej przez Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela w Polsce, 3 maja 1977 roku.

Niby jest to stary, archiwalny materiał, niby skierowany do komunistycznej władzy w PRL-u, a jednak jakże jest on świeży. Zupełnie jakby pisano go dzisiaj do zarządu korporacji POLAND REPUBLIC OF, do dyrektora Morawieckiego, do dyrektora Dudy, do członków spółki handlowej zwanej sejmem, senatem itd.

Niby nie ma cenzury w Polsce, niby każdemu wolno pisać co komu ślina na język przyniesie, niby można głosić własne przekonania, niby wolno krytykować i poddawać w wątpliwość poczynania tzw. władzy, a jednak to tylko wrażenie ludzi, którzy nie odczuli cenzury na własnej skórze, którzy nie mieli okazji przekonać się jak skutecznie działa cenzura w Polsce.

Dzisiejsze cenzurowanie treści odbywa się nieco inaczej, niźli dawniej. Dawniej np. teksty były poddawane cenzurze przed publikacją, dzisiaj zaś, po publikacji. To jest cenzura cicha, skryta, nikt nic nie wie, każdy udaje głupa, a jeśli się spytacie, dlaczego Was ocenzurowano i nie zamieszono waszego komentarza, nie dodano filmu, dlaczego zablokowano Wam konto i tak dalej, usłyszycie – ciszę.

Tak. Dzisiaj korporacyjni cenzorzy nie odpowiadają, nie mówią, nie piszą. Są niemowami, są niepiśmienni, są… nierzadko obcokrajowcami, albowiem do „zabraniania i zezwalania” wynajmowane są zewnętrzne firmy z innych krajów.

A zatem np. francuski najemnik-cenzor decyduje, co może zamieścić Polak w Polskim internecie. I git! I jakoś nikomu to nie przeszkadza.

Zapytacie pewnie, gdzie jest „polska władza”! Dlaczego nie reaguje! Gdzie są „polskie” służby specjalne! Ale po blokowanych treściach można rozpoznać, że to właśnie „polska władza” zleca tego typu usługi obcym korporacjom. Dzięki czemu ma czyste ręce.

W praktyce może wyglądać to tak, że jedna firma, powiedzmy „Minister Przemysłu Medycznego” (wszystkie organy państwa są korporacjami), zleca zewnętrznej firmie, np. „Grandzie-bandzie z Urabura”, żeby wyłapywała określone treści i blokowała je lub utrudniała rozpowszechnianie się tych informacji. Na przykład wyszukiwarki nie będą odnajdowały konkretnych słów lub fraz ze stron, które znalazły się na tzw. czarnej liście.

Czy to tak wygląda w rzeczywistości? Zostawiam Wam to do przemyślenia.

Zakazane strony

Kiedyś parę razy wszedłem na zakazane strony, przed którymi ostrzegała mnie przeglądarka. Że niby strony są niebezpieczne, że niby prowadzone są z nich ataki terrorystyczne… i co się okazało?

Że te, na które przynajmniej ja wszedłem, były po prostu antysystemowe! Różne fora publiczne, różne niepoprawnie politycznie treści. Nawet była wśród nich strona Davida Icke albo kogoś, kto prowadził w jego imieniu tę stronę.

Zachodzi zatem pytanie: Ile tak naprawdę z tych zablokowanych stron (przez przeglądarkę) jest rzeczywiście niebezpieczna? I co rozumieją producenci przeglądarek przez słowo „niebezpieczny”. Niebezpieczny, że ktoś może wyrządzić nam rzeczywistą krzywdę (haker), czy niebezpieczny, bo głosi antysystemowe hasła i treści?

Statystyki po raz drugi

Dziś ponownie przeprowadziłem eksperyment i po raz kolejny przekonałem się, że statystyki wrednie kłamią.

Ale przejdźmy już do Deklaracji o wolności słowa, który śmiało możemy skierować do tzw. rządu w „Polsce”. Oto jej większy fragment:

DEKLARACJA O WOLNOŚCI SŁOWA

RUCH OBRONY PRAW CZŁOWIEKA I OBYWATELA W POLSCE, dnia 3 maja 1977 roku.

Prawo do wolności słowa należy do niezbywalnych praw ludzkich, tzn. przysługuje nam po prostu, dlatego że jesteśmy ludźmi. Stanowi więc ono jeden z atrybutów człowieczeństwa. Pozbawienie tego prawa kogokolwiek jest zatem niedopuszczalne tak, jak niedopuszczalna jest każda inna próba degradowania ludzi poniżej statusu człowieczego.

Podobnie jak przymus milczenia może być wyrazem różnych stanów niewoli, tak wolność słowa jest formą manifestowania się różnych wolności. Jeśli więc wolność nie może znaleźć wyrazu w wolności słowa, wolność ta po prostu nie istnieje. Wolność słowa jest zatem niejako warunkiem wszystkich innych wolności.

Brak wolności słowa jest stanem rażącej społecznej nierówności. Trudno bowiem mówić o równości dwóch stron, jeśli jedna narzuca drugiej milczenie oraz uzurpuje sobie prawo zabierania głosu w jej imieniu. Tłumienie wolności słowa jest więc tak daleko idącym naruszeniem zasady równości, że system, który to czyni, nie zasługuje na miano demokracji.

W tradycji społeczno-moralnej, która na przestrzeni wieków kształtowała się w Polsce, wolność słowa należała do swobód stawianych najwyżej. Nawet Karol Marks, oceniając naszą Konstytucję z 3 maja 1791, powiedział, że „usankcjonowała ona notoryczną w Polsce wolność druku”. Przeciwstawienie się tej wolności jest więc przeciwstawieniem się jednej z najcenniejszych polskich tradycji.

Największa aktywność zbiorczego procesu myślenia i tworzenia ma miejsce wtedy, gdy do udziału w tym procesie dopuszczone jest całe społeczeństwo, tzw. różne siły. Jednakże brak swobody wypowiedzi paraliżuje ten proces, gdyż wyłącza zeń wszystkich myślących inaczej, niż ci, którzy rządzą. Stan ten jest marnotrawieniem energii we wszystkich dziedzinach społecznej aktywności, począwszy od produkcji materialnej, poprzez kulturę, a skończywszy na myśleniu o zasadniczych problemach narodu i państwa. Monopol słowa oznacza więc niedopuszczenie do głosu rozumu zbiorowego, a tym samym paraliżowanie społecznego procesu rozwoju.

W oświadczeniach przedstawicieli władz słyszymy często, że w Polsce wolność słowa oczywiście istnieje, z tym jednak, że wolno mówić i pisać jedynie to, na co władze zezwolą. Taka interpretacja jest niezrozumiała. Gdybyśmy bowiem wolnością słowa nazywali prawo głoszenia tego, co zezwolą władze, oznaczałoby to, że wolność ta istniała zawsze i wszędzie. Zawsze bowiem i wszędzie, nawet w systemach najbardziej totalitarnych, wolno było głosić to, na co zezwalały władze. Wolność słowa jest więc także wolnością krytykowania władz.

Swoboda wypowiedzi jest najłagodniejszym środkiem dochodzenia racji. Społeczeństwo, któremu zamknięto usta, wyraża swe racje w formie odruchów gwałtownych. Tragiczne i coraz częściej powtarzające się wydarzenia, których widownią stał się nasz kraj, są zatem ceną, którą płacimy za brak wolności słowa. Jeśli więc wydarzenia te nie mają się powtarzać, społeczeństwo musi mieć możność krytykowania władz, zanim te doprowadzą je do rozpaczy.

Wolność słowa oznacza praktyczną możność publicznego wyrażania poglądów: wszystkich poglądów i we wszystkich sprawach, w szczególności zaś w kwestiach moralnych i światopoglądowych, społecznych i politycznych. Przy tym poglądy ty mogą być nie tylko aprobatą, lecz także postulatem, krytyką, protestem, naganą, czy wręcz potępieniem. Z wolności słowa można korzystać indywidualnie lub zbiorowo oraz za pomocą dowolnych środków przekazu. Wolność słowa jest więc nieskrępowaną możliwością głoszenia przez ludzi tego, co uważają za słuszne.

I tak, dla pisarza wolność słowa oznacza możność wydawania takich książek, jakie on pisze, a nie na jakie zezwala mu cenzura; dla górnika możność protestu przeciw zmuszaniu go do pracy w niedzielę; dla rolnika możność występowania w obronie prawa do swobodnego gospodarowania na własnej ziemi; dla każdego pracownika – możność krytykowania stosunków panujących w jego zakładzie pracy; dla gospodyni domowej – możność krytykowania złego zaopatrzenia rynku; dla ekonomisty – możność publicznego wykazywania, dlaczego jakaś koncepcja ekonomiczna uznana za oficjalną jest lub nie jest błędną; dla duchownego – możność głoszenia Słowa Bożego bez przeszkód i wszelkimi środkami; dla naukowca – możność ogłaszania wyników swoich badań niezależnie od tego, czy służą one władzy politycznej; dla człowieka sztuki – możność ukazywania jego własnych wizji świata; dla działacza społecznego – możność głoszenia racji własnych oraz krytykowania racji działaczy innych; wreszcie dla każdego człowieka wolność słowa oznacza możliwość wyrażania sprzeciwu wobec tego, co uważa za zło, bez względu na to, kto tego zła jest sprawcą. – Wolność słowa ma więc tyle przejawów, ile pragnień mieści się w życiu jednostki i społeczeństwa.

Przedstawione tu stwierdzenia są wyrazem odczuć i przekonań nurtujących polskie społeczeństwo. Dlatego deklarujemy, że prawo do wolności słowa jest w Polsce obowiązującą normą społeczno-polityczną.

[…]

Istnieje jeszcze jeden ważny powód, dla którego władze mają obowiązek odnieść się do poruszanej tu sprawy pozytywnie. Blisko 30 lat temu Polska podpisała uchwaloną przez Zgromadzenie Ogólne ONZ Powszechną Deklarację Praw Człowieka, której art. 19 brzmi:

Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granicę”.

W roku 1975 treść tej Deklaracji została przez polskie władze ponownie potwierdzona w Helsinkach – Takich zobowiązań nie można nie dotrzymywać.

Wykaz przedstawicieli komunistycznej władzy, którzy się podpisali pod tą Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, i końcowa adnotacja:

Niniejsza Deklaracja o wolności słowa została przekazana do Sejmu PRL na ręce marszałka S.Gucwy.

Radomir Gelhor