Jeść, czy nie jeść mięsa?

Ludzie zadają sobie pytanie: „Jeść mięso, czy nie jeść mięsa?”. Czy jedzenie mięsa to coś złego? Jaki w ogóle jest sens być wegetarianinem czy weganinem? I tworzą ci ludzie tyle idei, tyle pokrętnych wyjaśnień, że głowa od tego mocno boli. Dochodzi do wymiany zdań między mięsożercami a jaroszami, co prowadzi do waśni, gdyż jedni chcą przekonać drugich. Każdy chce mieć rację.

I to jest przykre. To jest niepoważne. To są sprzeczki ludzi niedojrzałych, nieświadomych, na bardzo niskim poziomie zrozumienia Rzeczywistości.

Wiem, znów przysparzam sobie kolejnych wrogów, ale trudno. Dla mnie wszyscy są równi. Bez względu na to, kto i jakie ma zapatrywania. A jednak nie oznacza to, że się ze wszystkim zgadzam. Nie oznacza to także, iż będę walczył (wypowiadał się na dany temat) tam, gdzie kwestia sporna jest wyolbrzymiona. Gdzie problem jest sztucznie nadmuchany, kiedy różnice poglądów wykorzystywane są do celów propagandowych, manipulacyjnych, skłócających obie strony. Nie czuję także potrzeby, aby kogokolwiek do czegokolwiek przekonywać, ani tym bardziej zmuszać.

Do podjęcia tego tematu sprowokowała mnie pewna youtuberka i jej przemyślenia dotyczące spożywania mięsa. Kusiło mnie, żeby do niej napisać, lecz uważam, iż lepiej zrobię, przedstawiając swój punkt widzenia na blogu. Tak, aby każdy miał do tych informacji dostęp.

25 lat na „trawie i sałacie”

Na wstępie chciałbym oznajmić, że od niemalże 25 lat jestem jaroszem, dlatego myślę, że mam nieco większe prawo do wypowiadania się na ten temat, niż na przykład mięsożercy znający wegetarianizm z teorii. Ale od teorii do praktyki to bardzo długa droga.

Czy zauważyliście, iluż w ostatnim czasie pojawiło się guru? Ilu książkowych ekspertów? Ilu znawców Prawdy i nauczycieli duchowych? Ilu mesjaszów i ludzi oświeconych?

Domyślam się, iż znajdą się osoby, które zarzucą mi, że ja również bawię się w takiego nawiedzonego, internetowego przewodnika. Jest to błędne założenie, albowiem ja się wyłącznie dzielę przemyśleniami, nie zmuszając nikogo do wierzenia w to, co mówię, w to, co piszę. Nie szukam słuchaczy i naśladowców, nie interesują mnie statystyki czy polubienia, nie dbam o to, ile osób się ze mną zgadza, ilu mam sympatyków, a ilu wrogów. Nie żebrzę o pieniądze ani nie sprzedaję się korporacyjnym mafiom czy skorumpowanym rządom.

Wobec tego nie mam żadnego interesu w tym, aby stawać się kimś innym, niż w rzeczywistości jestem.

Wegetarianizm (weganizm) urojony

Wg mnie, prawdziwy wegetarianizm (weganizm), czyli jarstwo, nie jest wyborem pomiędzy jednym a drugim. To nie jest wybór pomiędzy złem a dobrem. Zło nie jest przeciwieństwem dobra, jest brakiem tego dobra, co wyjaśniałem w innych wpisach.

Świadomy człowiek, rozumiejący Rzeczywistość, mający przed sobą obraz świata w całości, patrzący wielopłaszczyznowo, obserwujący wszystko z pewnej perspektywy, nie musi niczego wybierać, albowiem widzi zewnętrzne podziały, dostrzega otaczającą iluzję, odczuwa dużo głębiej i pełniej niż inni.

Wobec tego przejście na „trawę i sałatę” przez wielu wegetarian nie jest wyborem, tylko naturalną koniecznością ludzi świadomych, widzących inaczej, odróżniających prawdę od fikcji.

Tylko i tylko wtedy wegetarianizm, weganizm jest bezpieczny dla jednostki, ponieważ następuje pełna synchronizacja ciała, umysłu i duszy… Nie ma mowy o żadnych chorobach, o dolegliwościach spowodowanych niedoborem witamin czy minerałów. Tacy ludzie są poza rozumowaniem nauki i naukowcy, nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie odżywiający się tak skromnie, z tak wielkimi niedoborami składników niezbędnych do życia, są idealnie zdrowi. Dlaczego nie są podatni na wirusy, bakterie, czemu w ogóle żyją?

Każdy musi dojrzeć

Przez 25 lat mojej „przygody” z jarstwem, nigdy nie namawiałem ludzi do zaprzestania jedzenia mięsa. Nikomu również nie ubliżyłem z tego powodu. Uważam, iż każdy musi do tego dojrzeć. Dopóki człowiek nie rozwinie się wewnętrznie, dopóki nie zgłębi programów w głowie, dopóki będzie funkcjonował według utartych schematów, dopóki słucha głosów z zewnątrz, dopóki ufa autorytetom, nie rozwinie się duchowo, nie wyzwoli z iluzji, nie wyrwie z Matriksu.

Wegetarianizm świadomy, wypływający z serca, różni się diametralnie od wegetarianizmu z wyboru, dla zdrowia, dla mody, dla chcenia bycia dobrym. Świadomość, iż wszystko jest ze sobą powiązane, że jesteśmy cząstką całości, że wszystko zbudowane jest z tej samej energii, że Miłość nie jest przemocą czy przyjemnością, że najwyższą wartością na Ziemi jest życie, sprawia, że jedzenie mięsa staje się czymś nieprzyjemnym, pozbawionym litości, że jest formą ukrytego kanibalizmu.

W tej świadomości rodzi się Miłość, to zaś sprawia, że zabijanie żywych istot, bez względu na gatunek, staje się niemożliwe. Ból, jaki sprawia zabicie, choćby małego pająka, jest po prostu trudny do zniesienia. Ta sama Miłość powoduje, że Natura, wszystko, co żywe, staje się dla ludzi nieprawdopodobnie przyjazna.

Dzieją się cuda, o których nie mieliśmy pojęcia, o których nikt nam nie powiedział, które trudno sobie wyobrazić…

Nie zmyślam sobie tego, nie opowiadam bajek, nie są to teorie, możecie to sami przeżyć.

Ktoś: Przestałem jeść mięso i się rozchorowałem.

To bardzo częsty przypadek. Wiele osób doznaje rozczarowania po przejściu na wegetarianizm. Zaczyna chorować. Należałoby się zastanowić, dlaczego tak się dzieje? Mało kto bierze pod uwagę fakt, że jarskie jedzenie jest coraz gorszej jakości. Że owoce i warzywa, głównie te z marketów, naszpikowane są chemią, że genetycznie są modyfikowane, oraz uboższe niż dawniej w składniki odżywcze, w witaminy, w minerały.

Dodajmy do tego zanieczyszczenie wody, smog elektromagnetyczny, życie w stresie czy w strachu, a wówczas zrozumiemy, że bycie jaroszem to również sztuka doboru zróżnicowanego jedzenia. Szczególnie wtedy, gdy nasze jarstwo jest czysto fizyczne, kiedy ciało nie współgra z umysłem i z duchem.

Ktoś: Od jakiegoś czasu znów jem mięso i nie zauważam żadnej różnicy. Nic się negatywnego nie dzieje.

A co miałoby się stać negatywnego? Dla kogoś, kto wychował się na mięsie, kto całe życie jadał mięso, powrót do mięsnych posiłków nawet po dłuższej przerwie nie stanowi najmniejszego problemu. Organizm przecież jest przyzwyczajony, nauczony spożywać tego typu pokarm. Pozostaje co najwyżej sprawa ludzkiej psychiki.

A co z kwestią wibracji? Są ludzie, którzy twierdzą, że dzięki jarstwu, wibrują z wyższą częstotliwością. Ale czy wystarczy być wegetarianinem lub weganinem, żeby szybciej wibrować?

Czy zamknięty w klasztorze zakonnik, uciekający od życia, odwracający wzrok od grzesznego świata, oddający się kontemplacjom i modlitwom, a jednocześnie będący niewolnikiem skrytych pragnień, bardziej jest uduchowiony od przeciętnego Kowalskiego? Czy jego tzw. wibracje są na wyższym poziomie?

Czy człowiek dobry na zewnątrz, a wewnętrznie złośliwy, egoistyczny, wibruje szybciej niźli inni? Co sprawia, że energia zaczyna wibrować z większą częstotliwością? Czy wystarczą do tego powierzchowne działania? Pozytywne myśli? Piękne idee czy słowa pełne wiary?

Po co w ogóle zajmować się wibracjami? Człowiek dobry, czyniący dobro, pełen miłości nawet o tym nie pomyśli. Nie interesuje się kwestią wibracji, nie kontroluje jej, nie prowadzi statystyk. Nawet jeśli widzi otaczającą nas energię w postaci wirów czy spadających lub wznoszących się fotonów (opadają lub wznoszą się chaotycznie, we wszystkich kierunkach, pojawiają się w różnym miejscach bez ładu i składu, przypominają błyszczące drobinki kurzu, oświetlone promieniami słońca), to dla takiego człowieka, jest to „skutek uboczny” lub „dar” bycia dobrym. („Bonusy za prawdę”; „Dlaczego nie będziesz bogaty”)

Takimi tematami powinni zajmować się naukowcy, ale tym albo nie wolno tego robić w obecnym Systemie zysku i wyzysku, albo nie są zainteresowani tym tematem.

Ktoś: Chrystus jadł mięso.

Chrystus pił dużo wina. Czy to oznacza, że był alkoholikiem? Podobno chodził po jeziorze, przemieniał wodę w wino, uzdrawiał kaleków, ożywiał zmarłych. Ten sam Chrystus powiedział: „Szanuj bliźniego swego jak siebie samego”, „Zło dobrem zwyciężaj”. Ten sam Chrystus przez cały Nowy Testament naucza ludzi miłości, a jednak nie widać, aby chrześcijanie stosowali się do jego nauk i brali z niego przykład. Wystarczy się rozejrzeć wokół i popatrzyć na ludzi.

Poza tym, co my wiemy o Chrystusie, skoro historia została spreparowana przez tych samych ludzi, którzy go zamordowali? Kim w rzeczywistości był Chrystus? Człowiekiem czy Bogiem? Żydem czy Aryjczykiem? Od kogo niósł posłannictwo? Jaka myśl mu przyświecała? Czemu uczyniono z niego męczennika? Dlaczego został odrzucony przez tzw. naród wybrany, czemu nie uznano go za Mesjasza, za Zbawiciela? Gdzie tak naprawdę go zamordowano? W którym roku został ukrzyżowany i przez kogo? Dlaczego oficjalna historia kłamie? Dlaczego chronologia, którą się posługujemy, jest fałszywa? Dlaczego historia świata jest niespójnym miksem dopasowywanych nierzadko na siłę zdarzeń? Kto maczał w tym przekręcie palce? Kto dzięki Chrystusowi i jego męczeństwu najwięcej zyskał?

Tak czy siak, powoływanie się na Chrystusa, czy na jakikolwiek inny autorytet jest bez sensu, albowiem jesteśmy niepowtarzalni i samodzielnie powinniśmy dociekać Prawdy. Rozwój wewnętrzny jest sprawą indywidualną i nikt za nas tego nie zrobi. Żaden autorytet, żaden guru, żaden nauczyciel…

Miłość do zwierząt

Spotykam osoby, które mówią z dumą: „Kocham zwierzęta”, a jednocześnie dzień w dzień zjadają te zwierzęta, nie zastanawiając się nad cierpieniem tych zwierząt. Żeby tylko tyle! Nie chcą o tym wiedzieć, nie chcą o tym słyszeć ani tego widzieć. Odwracają się od problemu i udają, że go nie ma.

Lecz co to za miłość? Czy to w ogóle ma coś wspólnego z miłością? Wolę, kiedy ludzie mówią „lubię zwierzęta”, albowiem jest w tym więcej szczerości i prawdy.

Człowiek szczery, prawdziwie kochający, nie ucieka od takich tematów. Zresztą tylko w ten sposób jesteśmy w stanie poczuć ból tych stworzeń. Zazwyczaj nie mamy z tymi zwierzętami bezpośredniej styczności. Mordujemy cudzymi rękoma i oszukujemy się, że jest to normalne. Bo tak robili nasi ojcowie, dziadowie, pradziadowie.

Ale…

Każdy ma wolny wybór. Nie zmuszajmy nikogo do niejedzenia mięsa, nie prowadźmy krucjat przeciwko mięsożercom. Na każdego przyjdzie czas. Każdy z osobna musi przejść ten etap. Zrozumienie przychodzi dobrowolnie, bez użycia siły, wypływa z głębokich przemyśleń, z dociekań, a czasem jest nagłym olśnieniem.

Możemy o tym rozmawiać, powinniśmy przedstawiać fakty, lecz nie kłóćmy się z tego powodu, im bowiem mocniej naciera jedna strona, tym bardziej broni się druga. Często ludzie wiedzą, iż nie mają racji, ale wstydzą się do tego przyznać. Miejmy tego świadomość. Bądźmy dla siebie dobrzy, cierpliwi, wyrozumiali.

Nie rozumiem także zawziętości mięsożerców. Po cóż oni tracą czas i udowadniają swoje racje? Czy nie lepiej byłoby zająć się czymś bardziej pożytecznym? Czymś, co przyniosłoby ludziom szczęście, poprawiło jakość życia? Czymś, co by nas zjednoczyło?

Natomiast zupełnie nie toleruję ludzi, którzy robią sobie kpinki z mordowanych zwierząt, którzy się pastwią nad zwierzętami, którzy okaleczają albo mordują zwierzęta dla przyjemności lub dla sportu. Dla takich ludzi nie mam zrozumienia, od takich ludzi nie przyjmuję żadnych usprawiedliwień.

Żyj i daj żyć innym

Podsumowanie

A zatem jeść mięso, czy nie jeść mięsa? To zależy od Was. Zmuszanie się do niejedzenia mięsa, nie przynosi ani radości, ani nie wpływa na rozwój wewnętrzny, ani nie podnosi wibracji, ani nawet nie poprawia stanu zdrowia, albowiem dopóki będzie w nas konflikt, dopóki będziemy się szarpać z myślami, dopóki będziemy w stanie emocjonalnego rozstroju, nasze poświęcenie, bo w tym przypadku jest to bolesna ofiara złożona w imię czynienia dobra, nie będzie miało wpływu na nasze życie.

Owszem, ochronimy kilka zwierząt, wykażemy się miłosierdziem, zrobimy dobry uczynek, lecz tym samym pogrążymy się w wewnętrznym konflikcie, w bezustannej walce, w niekończących się zmaganiach z własnym EGO, z tłamszonym pragnieniem, w odmowie sobie przyjemności.

Można to porównać do palacza, który chwali się, że przestał palić, gdy tymczasem nieświadomie pali w myślach. W wyobraźni sięga po papierosa i jak dawniej rozkoszuje się chwilą utraconej przyjemności. Mało tego. Widząc palących ludzi, podchodzi do nich i zaciągając się dymem, pali biernie, dogadza sobie i poprawia humor.

Tylko czy ten człowiek, ten biedny palacz, czy on tak naprawdę jest wolny? Czy uwolnił się od nałogu? Czy zrozumiał, czym jest nałóg? Czy zdaje sobie sprawę, że wciąż jest niewolnikiem tegoż nałogu? Że nic, ale to nic się w jego życiu nie zmieniło, poza zaoszczędzeniem pieniędzy?

Przeprowadzono kiedyś takie doświadczenie. Jednemu mężczyźnie kazano ćwiczyć na siłowni, drugiemu tylko wyobrażać sobie, że ćwiczy. Efekt był zaskakujący. Człowiek wykonujący ćwiczenia w myślach osiągnął lepszy rezultat, niźli ten, który marnował energię na siłowni.

Połączmy ten fakt z powyższym przykładem palacza oraz z ludźmi będącymi wegetarianami dla mody, dla zdrowia, dla czynienia dobra, a będącymi pełni sprzeczności, uprawiającymi mięsożerstwo na poziomie myśli, a wówczas wszystko stanie się jasne.

Wewnętrzne jest zewnętrznym, a zewnętrzne wewnętrznym. Udawanie więc, że jest się kimś innym, niż jest się w rzeczywistości, jest drogą prowadzącą donikąd.

Radomir Gelhor